Droga Krzyżowa ulicami Rychwałdu

16 marca po Mszy Świętej wieczornej wspólnie rozważaliśmy ostatnie chwile życia naszego Pana, który oddał za nas życie. Poniżej tekst rozważań oraz galeria zdjęć.

16.03.2018 R.
WSTĘP

Jakże często wydaje mi się, że życie jest takie trudne – zdrowie nienajlepsze, w pracy nieustanne konflikty, kłótnie z sąsiadami, niezgoda w rodzinie, niegasnące przepychanki polityczne… Na każdym kroku musze walczyć z jakimiś przeszkodami i problemami. Często zapominam jednak, że powinienem już wiedzieć, w jaki sposób poradzić sobie z tym wszystkim. Zapominam, że przykład postępowania w każdej z sytuacji, których doświadczam w życiu, ma stanowić dla mnie postawa Syna Bożego. Tego, który stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla mojego zbawienia. Jezus bowiem – pokonując w pokorze drogę krzyżową, będącą niewątpliwie drogą cierpienia, bólu i udręki – wskazał, że nawet najtrudniejsze sytuacje przynoszą błogosławiony owoc.

Dziś – po upływie niespełna dwóch tysięcy lat od chwili, gdy Chrystus został zgładzony przez człowieka – staję u progu zapewne kolejnej już w moim życiu drogi krzyżowej. Pragnę pójść za Zbawicielem w zadumie rozważając Jego mękę i odbierając lekcję bezwarunkowej miłości i radzenia sobie z bólem, cierpieniem i przeciwnościami. Chcę być jak najbliżej Jezusa, bo wiem, że w Nim jest moja siła do podejmowania trudów codziennej wędrówki, mającej doprowadzić mnie do bram raju.

Nie chcę biernie obserwować cierpienia Zbawiciela, przechodzić niewzruszonym obok Jego krzyża, usprawiedliwiać się, że w zasadzie to nie jest przecież moja wina. Wzbudzam gorące pragnienie – choć w niewielki sposób – spróbować wesprzeć Jezusa w straszliwych cierpieniach, które znosił z miłości do każdego człowieka. Mam w pamięci Jego słowa skierowane do uczniów: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie.”. Idę więc, by jeszcze raz uczyć się tejże właśnie drogi.


STACJA I
Jezus skazany na śmierć

Cóż za niewyobrażalny paradoks: Bóg wszelkiego stworzenia został skazany na śmierć przez człowieka. Najdoskonalszy osądzony przez niedoskonałego. Dysponujący wszelką władzą przyjął wyrok wydany przez tymczasowego zarządcę…

Jakże łatwo przychodzi mi osądzanie innych: „ten mój szef to nie potrafi zarządzać firmą”, „ależ ta nauczycielka się na mnie uwzięła, na pewno mnie nie lubi, bo stale jej coś nie pasuje”, „znowu ten nudziarz głosił kazanie”… Na każdym kroku widzę „nieudaczników”, „złodziei”, „pasożyty społeczne”. Wydaję werdykt nie zważając na prawo do obrony, bez wysłuchania drugiej strony, bez wgłębienia się w motywy podejmowanych zachowań, bez możliwości odwołania. Dlaczego w codziennym życiu znaczenie straciły słowa Chrystusa, który wzywał, aby nie osądzać?

Przecież i ja wiele razy cierpiałem z powodu fałszywych osądów formułowanych przez innych na mój temat. Jakże boleśnie doświadczyłem słów, w których nie było krzty prawdy, krzywdzących i wypowiedzianych bez zastanowienia, również przez osoby mi bliskie. Dlaczego więc tak postępuję? Czy zapominam, że słowo ma moc sprawczą – może budować i motywować do działania. Niestety, może także działać destrukcyjnie – prowadzić do zamknięcia na świat, depresji, a nawet śmierci. Czy zatem biorę odpowiedzialność, za swoje czyny, słowa, osądy? Czy może zachowuję się jak Piłat, który w chwili próby umywa ręce?


Jezu, który w milczeniu przyjąłeś niesprawiedliwy wyrok Piłata, naucz mnie w cichości znosić krzywdzące sądy ludzkie, a także odpowiedzialności za wypowiadane słowa, a gdy przyjdziesz sądzić żywych i umarłych, okaż swoje miłosierdzie.

STACJA II
Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

„Dlaczego to właśnie ja?” – z pewnością to jedna z pierwszych myśli pojawiających się w mojej głowie, kiedy życie przestaje układać się według planu, który stworzyłem. Czemu mnie spotyka tak ciężka choroba, mimo że jestem jeszcze młody, ciekawy świata, z perspektywami na przyszłość? Dlaczego ona musiała umrzeć, choć miała dopiero kilkanaście lat? Dlaczego tyle cierpienia, wojen, niesprawiedliwości? Dlaczego…?

Jezus w odpowiedzi na te pytania milczy, posłusznie i dobrowolnie bierze krzyż na swoje ramiona. Krzyż, który zadaje tak wiele bólu, przygniata wszystkie wcześniej zadane Mu rany. Krzyż, który jeszcze bardziej rani skaleczone biczami plecy. Chrystus odpowiada miłością na okrutny i niesprawiedliwy wyrok, aby pokazać, że wszelkie cierpienia i krzywdy powinienem cierpliwie znosić, mimo że cierpienie nie jest dzisiaj w modzie. Liczą się raczej pieniądze, drogie samochody, nawiązywanie znajomości z wpływowymi ludźmi, ogrzewanie się w blasku kamer. To przecież przyjemne – być niezależnym, nic nie musieć, nikogo się nie słuchać, decydować o sobie samodzielnie. Cierpienie jest takie niewygodne…

Chrystus podejmując krzyż dał przykład ofiarności, poświęcenia dla innych oraz przyjmowania z pokorą woli Bożej – nawet tej, która w danej chwili nie jest dla mnie zrozumiała i wydaje się nieakceptowalna.


Jezu, który ochoczo podjąłeś się trudu dźwigania krzyża, naucz mnie jak dźwigać mój krzyż codzienności i jak najlepiej realizować Twoje słowa: „Kto chce być uczniem moim niech się zaprze samego siebie, weźmie krzyż na swe ramiona i idzie za Mną”.

STACJA III
Jezus upada po raz pierwszy

„Ledwo ruszył w drogę z krzyżem na barkach, a już upada”, „przeszedł jedynie kilka kroków” – to myśli, które towarzyszą tłumowi idącemu za Jezusem. Chrystus upadł, tak jak i ja upadam. Ile razy zdarzało się, że mimo szczerego postanowienia poprawy wyrażanego podczas spowiedzi, tuż po niej upadałem i popełniałem grzech, który miał już nigdy więcej się nie powtórzyć? Jakże często, już po przebudzeniu byłem pokłócony z bliskimi? Ileż razy zaczynając dzień pracy nie wiedziałem w co włożyć ręce, bo stos dokumentów zdawał się nie mieć końca?

Pierwszy upadek Chrystusa nie był przypadkiem. Ciężar krzyża, wycieńczenie spowodowane wcześniejszym biczowaniem i cierniem ukoronowaniem dają o sobie znać już po pierwszych krokach. Jezus pokazuje, że nie jest wstydem upaść nawet już na początku drogi. Ważne jest by powstać, podnieść się, wziąć swój krzyż, swoje cierpienie i wpatrując się w postawę Zbawiciela zmierzać w obranym kierunku. Upadek nie zawsze musi być postrzegany jako przejaw słabości, zwłaszcza zaś, gdy powstaję z niego silniejszy, z jeszcze większym zapasem sił do codziennej wędrówki.


Jezu, który boleśnie upadłeś już na początku drogi, naucz mnie powstawać z upadków i iść śmiało przez życie, stawiając czoło codziennym wyzwaniom. Bo jeżeli Ty ze mną, to któż przeciwko mnie?

STACJA IV
Jezus spotyka swoją Matkę

Jak niewyobrażalnym żalem i smutkiem muszą być ogarnięte Serca Jezusa i Maryi. Oto Matka patrzy na cierpiącego i zbolałego Syna. Ona rozumie Go jak nikt inny. Jest przy Nim, trwa w milczeniu, kroczy za Nim, bezgłośnie dodaje mu otuchy. Wie jednak, że nie jest w stanie nic więcej zrobić, bo wzięcie krzyża było Jezusową wolą. Wierzy Bogu, nawet w tak trudnej chwili. Jej postawę cechuje bezinteresowna miłość, pełna posłuszeństwa i pokory, współodczuwająca ból Chrystusa, ale i ufająca zamysłowi Bożemu.

Jakże często w codziennym życiu zapominam o swoich bliskich, ograniczając kontakty do kurtuazyjnych spotkań z okazji świąt. Nie zważam, że moja obecność jest dla drugiego ważna. Zwykle wystarczy zaś tak niewiele, aby ulżyć innym i sprawić im radość. Może w moim otoczeniu jest osoba, która oczekuje na spotkanie z drugim człowiekiem, na poświęcenie jej chwili, na rozmowę, a może po prostu wspólne spędzenie czasu w milczeniu? Maryja pokazuje w jaki sposób zrozumieć drugiego człowieka – bez słów, ofiarowując mu to co się ma – miłość do niego.

Matka Jezusa wskazuje jednocześnie, że powinienem wypełniać wolę Bożą – nie tylko wtedy, gdy jest to akurat dla mnie wygodne – ale także, a może zwłaszcza wtedy, gdy jest to trudne i bardzo bolesne. Nawet na drodze krzyżowej, patrząc na niemiłosierne męki Jezusa, Maryja daje świadectwo rzeczywistej realizacji słów, które wypowiedziała podczas zwiastowania: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”.


Jezu, który spotykasz swoją Matkę, spraw aby spotkania z drugim człowiekiem były źródłem pokrzepienia na drogach codzienności. Naucz mnie także otwartości na bliźnich oraz na przyjmowanie cierpienia.

STACJA V
Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi

Jak dobrze rozumiem Szymona. Z pewnością nie miał ani czasu, ani ochoty pomagać dźwigać krzyż jakiemuś zbrodniarzowi. Na pewno miał mnóstwo swoich spraw do załatwienia bądź innych rzeczy zaplanowanych do wykonania. A może po prostu zamierzał odpocząć, bo wracał po pracy… Ileż razy przekonywałem nie tylko innych, ale i samego siebie, że zamiast pójść do kościoła wolę posiedzieć w domu i trochę odpocząć w niedzielę – taki jestem zapracowany. Jak często zdarzało się, że widząc człowieka w potrzebie przechodziłem obojętnie, myśląc jedynie, że to w gruncie rzeczy nie moja sprawa. Czasami przekonywałem, że od załatwiania problemów ludzi potrzebujących jest państwo, które dysponuje stosownymi instytucjami. Dlaczego ja mam się w coś angażować? Są przecież inni – niech się wykażą, mają więcej czasu, nie pracują tak ciężko jak ja, nie mają tylu obowiązków. Mnie się nie chce…

To tylko niektóre z wymówek, które odbierają zapał i energię do działania. A przecież „dla chcącego nic trudnego”. Postawa Szymona, który choć z początku niechętnie podjął się pomocy Zbawicielowi, może stanowić wzór dla mnie do naśladowania – wzór niesienia pomocy, a także wykazania społecznego zaangażowania. Jedno jest pewne – nie żyjemy w świecie samosterowalnym, dlatego niezbędne jest moje zaangażowanie – choćby niewielkie, tak aby dążyć do rozwoju osobistego, wzrostu rodziny, wspólnoty parafialnej, mojej miejscowości. W uszach wciąż brzmią słowa Chrystusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”.


Jezu, który otrzymałeś pomoc i ulgę w cierpieniu dzięki Szymonowi, daj bym zrozumiał, że obranie aktywnej postawy jest koniecznym elementem mojego życia i naucz nieść ofiarną pomoc bliźnim, nawet wtedy, gdy wiąże się to z przezwyciężaniem moich wewnętrznych oporów.

STACJA VI
Weronika ociera twarz Jezusa 

Niestety, z przykrością stwierdzam, że nie odważyłbym się na wykonanie gestu, który uczyniła Weronika. Przecież, aby otrzeć twarz Jezusa musiała wykazać się nie tylko niemałym sprytem i determinacją, ale i niebywałą odwagą. Nie zważała na uzbrojonych i bezlitosnych strażników. Chcąc przynieść ulgę w cierpieniu, przezwyciężyła własne słabości i wykonała w zasadzie prosty gest, niewysublimowany, po prostu ludzki, zmierzający do przyniesienia ulgi cierpiącemu drugiemu człowiekowi. Weronika bowiem dostrzegła w Jezusie osobę wymagającą pomocy. Jej poświęcenie zostało natychmiast wynagrodzone odbiciem poranionej twarzy pozostawionym na chuście, które jest „obrazem Boga niewidzialnego”.

Jak często brakuje mi odwagi w codziennym życiu. Dlaczego o wiele łatwiej jest stale narzekać i w zasadzie nic nie robić, niż zakasać rękawy i próbować swoim działaniem przemieniać świat na lepsze? „Przecież ja sam nic nie zmienię”, „cóż mogę poradzić na to, że we współczesnym świecie rządzą jedynie jednostki, a reszta musi biernie wykonywać polecenia” – to tylko niektóre z myśli, które zniechęcają do aktywności, zaangażowania, ofiarowania siebie. „Lepiej się nie wychylać” – to często powtarzane zdanie, które – choć umożliwia niewychodzenie poza własną strefę komfortu – nigdy nie będzie stanowić źródła szczęśliwego życia. Dzisiaj także i mnie potrzeba odwagi i wytrwałości, by własnym postępowaniem zaświadczyć o wierze w Boga, często wbrew modzie obecnych czasów, która spycha Go na dalszy plan lansując teorie o samowystarczalności człowieka. Czemu zapominam, że nawet drobne gesty są wynagradzane poprzez wdzięczność innych? Może dlatego, że sam nie okazuje jej moim dobrodziejom i osobom, które mi pomagają?


Jezu, który z wdzięczności za gest Weroniki, pozostawiłeś odbicie swej świętej twarzy na białej chuście, naucz mnie bym nie miłował tylko słowem, ale i czynem, a także bym okazywał wdzięczność innym.

STACJA VII
Jezus upada po raz drugi

„Znowu upadł”, „nie ma już sił iść dalej” – nie milkną przekomarzania ludzi, widzących Chrystusa padającego pod krzyżem. Tłum patrzy i niemal podziwia chwilę, w której Jezus ponownie bezwładnie leży pod ciężarem krzyża. Jakże często i mnie zdarza się patrzeć na ludzi upadających, błądzących, poszukujących wyjścia z trudnych sytuacji. W dzisiejszym świecie jest przecież tak wiele osób uzależnionych od różnego rodzaju używek – alkoholu, papierosów, narkotyków, telewizji, Internetu... Przygnieceni własnymi problemami nierzadko bywają dobijani przez środowisko, w którym żyją. Czy i ja wówczas ich nie oceniam, nie przekreślam, nie wytykam palcami?

Tymczasem, Jezus pokazuje, w jaki sposób należy przeciwstawiać się złym skłonnościom. Upadki wpisane są w egzystencję człowieka. Głęboko zakorzenione powinno być jednak poczucie, że po każdym upadku należy powstać, najlepiej najszybciej, jak to jest tylko możliwe. Z racji że niesienie krzyża własnych doświadczeń jest łatwiejsze, gdy pozostaje się w relacji z Chrystusem, istotne jest, aby odnawiać więź ze Zbawcą i ją umacniać.


Jezu, który znowu leżysz przygnieciony ciężarem krzyża, pomóż mi bym swoich małych upadków nie pogłębiał nowymi, a w sakramencie pokuty odnajdował siłę do walki z własnymi słabościami.

STACJA VIII
Jezus napomina płaczące niewiasty

Może dziwić i zastanawiać fakt, że współczesny świat uznaje łzy za przejaw słabości, zwłaszcza, iż towarzyszyły one niejednokrotnie również Najmężniejszemu z mężnych. Ewangelia wskazuje, że Jezus płakał choćby nad Jerozolimą, czy przy grobie Łazarza. Był on również wrażliwy na łzy innych przez całe życie – pocieszał opłakujących śmierć córki Jaira, czy matkę młodzieńca z Naim.

Łzy świadczą nie tylko o potężnym smutku danej osoby, ale także o umiejętności zjednoczenia z innymi w trudnych dla nich chwilach, o chęci udzielenia im pomocy, choćby w aspekcie emocjonalno-psychicznym. Dlatego płacz niewiast może symbolizować chęć wsparcia Jezusa w Jego niedoli. Chrystus jednak – mimo nieznośnego bólu, który towarzyszył Mu podczas dźwigania krzyża na Golgotę – nie skupił się na sobie. Wskazał, że ważniejsze jest, aby kobiety zatroszczyły się o los własny oraz ich dzieci. Powiedział: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!”. Wiedział bowiem, że najistotniejsze jest dążenie każdego człowieka do zbawienia.


Jezu, napominający płaczące niewiasty, naucz mnie troszczyć się o to, co jest dla mnie najistotniejsze i na nowo odkrywać sens twoich słów skierowanych do Marty: „troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego”.

STACJA IX
Jezus upada po raz trzeci

Kolejny upadek Jezusa z pewnością mógł stanowić wielką pokusę, aby się poddać, by już nie wstawać. I ja czasami myślę, że to wszystko nie ma już najmniejszego sensu… Znowu tyle trudu poszło na marne… Tak bardzo chcę się poprawić, a tak mało mi to wychodzi… Jestem już taki zmęczony… Czy moje życie ma w ogóle jakiś sens? Wtedy na myśl przychodzą mi słowa jednej z pieśni religijnych, w których zawarta jest motywacja do dalszej walki ze swoimi słabościami w życiu codziennym. Wszak: „kochać to znaczy powstawać”.

Jezus – mimo wszechogarniającego zmęczenia, które bez wątpienia Mu towarzyszyło – powstał z kolejnego upadku. Jego postawa uświadamia mi, że i ja powinienem kolejny raz spróbować, jeszcze raz zacząć od nowa, z czystym sercem, z Bożą łaską, bo jak przekonuje Księga Izajasza: „Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna.”. Nie ma bowiem sytuacji bez wyjścia. Najgorsze zaś co mogę zrobić to poddać się i przestać wierzyć.


Jezu, naucz mnie wytrwałości w dążeniu do celu, umiejętności powstawania z każdego upadku oraz wiary, że z Tobą mogę wszystko. Bo nie ma takiego upadku, z którego Twoja łaska i mój szczery żal podnieść by mnie nie zdołały.

STACJA X
Jezus odarty z szat

Patrzę i widzę kolejny ból zadawany Jezusowi. Żołnierze bez zawahania odzierają Go z szat, próbując pozbawić godności. Czy nie wiedzą, że nie jest możliwe odarcie z godności, która jest naturalnym i niezbywalnym przymiotem, przysługującym każdej istocie ludzkiej – od poczęcia aż do śmierci? Nikt ani nic nie jest w stanie wyzbyć drugiego z godności. Ogołocenie Chrystusa z szat – choć sprawiło tak wiele cierpienia, bo na nowo otworzyło krwawe rany zdobiące ciało – pozwoliło żołnierzom dotrzeć do źródła czystej miłości, dobra i prawdy.

Czystość serca daje bowiem odwagę i wolność. Szczęśliwi są ci, którzy nie lękają się prawdy do końca. Tymczasem tak bardzo nie lubię spowiedzi… Przecież to jakieś takie anachroniczne. Po co mam klękać przed kapłanem i wyznawać swoje przewinienia, zwłaszcza, że jest on takim samym grzesznikiem jak ja, a może nawet większym? Spowiedź pozwala jednak stanąć w prawdzie przed Bogiem i samym sobą, bez niepotrzebnego usprawiedliwiania i umniejszania popełnionych występków. To konkretna droga do wolności. Kto naprawdę umarł z Jezusem, ten nie ma czego się bać, ponieważ wie, że jego skarbem nie jest to co zewnętrzne i widzialne, ale czyste serce łaknące miłości.

Dzisiejszy świat zdaje się również nie dostrzegać potrzeby pozostawienia pewnego marginesu prywatności, jako prawa każdego człowieka. Z każdej strony otacza mnie stos kamer monitorujących nieomal każdy krok. Programy telewizyjne wkraczają w coraz intymniejsze sfery, w tym w jakże wrażliwy obszar seksualności. Z większości bilbordów reklamowych płyną zachęty do nabywania takich czy innych produktów co rusz okraszane wizerunkiem ładnej kobiety zwykle niemalże obnażonej, nie wspominając już o swobodnym dostępie do treści pornograficznych, także dla najmłodszych. Tymczasem obnażony Jezus przypomina, że pewne sfery życia powinny zostać zarezerwowane tylko dla mnie i nikt nieproszony nie powinien mieć do nich dostępu.


Jezu, ogołocony z szat, naucz mnie życia w prawdzie o samym sobie oraz spraw, abym nie wywyższał się ponad innych i w drugim człowieku dostrzegał brata, a nie obiekt kpin, wyszydzania czy pożądania.

STACJA XI
Jezus przybity do krzyża

„To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech…”. Każdy gwóźdź wbijany do krzyża uzmysławia kolejne moje przewinienie, uświadamia ogrom cierpienia zadawany każdego dnia temu, który poświęcił się dla mnie nie oczekując niczego w zamian. Dlaczego nikt nie protestował, gdy przykuwano Jezusa przytępionymi gwoźdźmi do drzewa krzyża? Dlaczego ogrom cierpienia nie robił żadnego wrażenia na Jego oprawcach? Ale czy dziś jest inaczej? Przecież pamiętam o niewyobrażalnym bólu pierwszej i drugiej wojny światowej, o milionach niewinnie pomordowanych, także kobiet i dzieci. Pamiętam o ludziach masowo gładzonych w komorach eksterminacyjnych Oświęcimia, Treblinki, Dachau, o ofiarach Katynia i innych miejsc. Przed oczyma mam samoloty uderzające w nowojorskie wierze World Trade Center, tony amunicji pozostające w dyspozycji terrorystów i przygotowane do walki na śmierć i życie. Nie może więc dziwić, że człowiek był w stanie skazać niewinnego na ukrzyżowanie, skoro w dalszym ciągu bez zawahania skazuje niewinnych na śmierć.

Jednakże Jezus dzięki przybiciu do krzyża został jednocześnie przybity do mojego życia. Codziennie czeka na mnie w kościele, podczas Eucharystii chce sycić mnie swoim Ciałem i napoić Krwią. W sakramencie pokuty chce udzielić mi rozgrzeszenia i raz jeszcze powiedzieć, jak bardzo mnie kocha. Mimo ogromu cierpienia, jakie Mu zadaję, mimo mojej niedoskonałości, mimo że tak często upadam, On stale czeka na mnie. Mimo wszystko. Z miłości.


Jezu, do krzyża przybijany, naucz mnie jak okazywać miłość innym, także a może zwłaszcza tym, z którymi nie jest mi do końca po drodze.

STACJA XII
Jezus umiera na krzyżu

„Króla wznoszą się znamiona,
tajemnica krzyża błyska,
na Nim Życie śmiercią kona,
lecz z tej śmierci życie tryska”

Wykonało się… Zabili Go… Skonał w mękach… Na krzyżu pozostało obwisłe ciało zmasakrowane przez oprawców. Z boku wytrysnęła krew i woda… Ale czy to koniec? Gdyby tak było – to zaprawdę próżna i daremna byłaby moja wiara. Jeżeli śmierć Chrystusa miałaby być tylko i wyłącznie zwieńczeniem pięknego życia Mesjasza. Przecież żył tak krótko, a zdziałał tak wiele – tyle cudów, uzdrowień, wskrzeszeń. Ale ile jeszcze można by zrobić, gdyby nie niesprawiedliwy wyrok…

To jednak nie była bezsensowna śmierć. To śmierć, która miała nauczyć wytrwałości, posłuszeństwa, ale nade wszystko miłości opartej na fundamencie niewinności. To konanie, które miało nadać sens każdemu cierpieniu – także temu mojemu. Dziś bowiem mogę własnym cierpieniem złączyć się z cierpieniem Chrystusa i uszlachetniać się, zanurzyć w niezgłębione morze miłosierdzia, podziękować za krzepiące Ciało, życiodajną Krew i obmywającą wodę. Dlatego z pragnieniem oraz tęsknotą wołam:
„Duszo Chrystusowa, uświęć mnie. 
Ciało Chrystusowe, zbaw mnie,
Krwi Chrystusowa, upój mnie. 
Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie.
Męko Chrystusowa, pokrzep mnie.
O dobry Jezu, wysłuchaj mnie.
W ranach swoich ukryj mnie.
Nie daj mi z Tobą rozłączyć się.
Od złego ducha broń mnie.
W godzinę śmierci wezwij mnie.
I każ do siebie zbliżyć się,
Abym z świętymi Twymi chwalił Cię,
Na wieki wieków. Amen”.


I w zadumie patrzę na krzyż – źródło miłości.

STACJA XIII
Jezus zdjęty z krzyża

Kolejna przejmująca scena – obwisłe ciało Chrystusa zostało zdjęte z krzyża i złożone w rękach Maryi, która pokazuje co tak naprawdę oznacza bycie przy Jezusie. Jest to trwanie przy Nim całym sobą i w każdej chwili tak, jak czyniła to Ona.

Matka Bolesna wiedziała, ze spełni się proroctwo Symeona. Była przygotowana, bo pamiętała słowa wypowiedziane przez Jej Syna: „Nie bój się. Wierz tylko”. Dlatego Maryja może stanowić właśnie wzór takiej wytrwałości. Mimo że z pewnością było Jej niezwykle trudno patrzeć na cierpienia zadawane Jezusowi – nie poddała się i wytrwała do końca.

A ja tak często się poddaję – tracę grunt pod nogami, nie potrafię wytrwać, mimo że w zasadzie mojego poświecenia nie można w żadnej mierze przyrównywać do tego jakie poniosła Maryja… O Ona dziś jest obecna także przy mnie, wspiera każdy mój krok, widzi we mnie swoje dziecko i trwa na dobre i na złe. Patrzy na mnie z rychwałdzkiego obrazu, płacze nad moją niedolą, pomaga powstać z upadku, ochrania płaszczem matczynej dobroci.


Jezu, złożony w ręce Matki Najświętszej, naucz mnie szukać ucieczki u Maryi, którą – w pozostawionym przez Ciebie testamencie – uczyniłeś moją matką.

STACJA XIV
Jezus złożony do grobu

Jezus przyjął naturę ludzką łącznie z wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z tego faktu. Dlatego odbył się także Jego pogrzeb, w trakcie którego pochowano ciało Zbawcy w prawdziwym grobie. Wśród otaczających osób znalazły się uczciwe i prawe, które z należytą czułością i wrażliwością uczciły zranione ciało Chrystusa, dbając by choć w ten sposób zagwarantować godne pożegnanie z tym światem.

Obserwując grób Mesjasza, udaję się myślami na groby moich bliskich. Taka cisza. Cmentarze rozbłyskują światłami w uroczystość Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny. Tętnią wtedy modlitwą. Tam mieszkają ci, którzy byli na ziemi przede mną. Tam mieszkać będę i ja. Ale to nie koniec! Uzmysławiam sobie, że grób Jezusa został odnaleziony już po trzech dniach pusty. Śmierć niczego nie kończy – wręcz przeciwnie – wtedy właśnie rozpoczyna się najlepsze, do którego zostałem zaproszony już podczas chrztu. Wieczna uczta Baranka czeka i na mnie. To tylko od mojej swobodnej decyzji zależy, czy zechcę skorzystać z zaproszenia. Jeszcze mam czas – mogę wybrać.


Jezu, złożony w grobie, wejrzyj na dusze wszystkich, którzy poprzedzili mnie w drodze do wieczności, okazując im miłosierdzie, a w godzinę mojej śmierci przyjdź i mi z pomocą.

ZAKOŃCZENIE

Jezu, dzisiaj starałem się wraz z Tobą kroczyć śladami drogi, którą Ty pokonałeś, aby mnie Zbawić. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko oddać Ci chwałę i uwielbić Cię za cud wcielenia, za to, że z miłości do mnie przyjąłeś naturę człowieka i dobrowolnie oddałeś swe życie, abym ja miał życie wieczne. Pragnę jednocześnie gorąco wyrazić wdzięczność za to, że pozostałeś ze mną w sposób namacalny w postaci Eucharystii, pozostawiając Boski pokarm.

Prawdą jest, że ilu ludzi – tyle dróg krzyżowych. Każdy zmaga się w codziennym życiu z wieloma sytuacjami wymagającymi podjęcia nierzadko niełatwych decyzji. Każdemu wielokrotnie zdarzały się zapewne chwile słabości, zwątpienia, zatracenia sensu… Jednak znalezienie ukojenia jest możliwe tylko w Jezusie, w Jego przebitym boku, poranionych rękach i nogach, okaleczonych plecach, krwią zbroczonej twarzy… Wystarczy złączyć swe serce z Sercem Jezusa i iść śmiało niosąc swój krzyż.